Ekranizacja książki a Hollywood

Któż z nas nie słyszał o Niziołkach z Shire? Część zapewne kojarzy ich tylko z dużego ekranu zapominając, że dzieła Petera Jacksona to ekranizacja twórczości J.R.R. Tolkiena. O ile "Władca pierścieni" był przez widzów przyjęty z entuzjazmem, tak "Hobbit" spotyka się z krytyką. Niestety, zasłużoną. Najbardziej zawiedzeni czują się wierni fani Tolkiena. Reżyser doskonale poradził sobie z przeniesieniem trylogii na ekran, a przymierzając się do "Hobbita" obiecał, że ekranizacja będzie możliwie najwierniejsza. Tak jednak się nie stało. Film został napompowany do granic możliwości, a wiele zdarzeń przekręcono (bo tak bardziej pasowało? Trudno to ocenić). Ci, którzy czekali na premierę drugiej części uskarżają się, że film przypomina trzygodzinny klip, a całość nie ma wiele wspólnego z dobrym kinem. Można odnieść wrażenie, że scenarzyści dość luźno podeszli do treści lektury i spłodzili twór, który przede wszystkim wykorzystuje tolkienowski świat do przedstawienia własnej historii. Trzeba przyznać, że specjaliści od animacji komputerowej wspięli się tym razem na wyżyny w swojej dziedzinie. O ile "Władca pierścieni" już uchodził za twór bardzo dobry, tak w "Hobbicie" osiągnięto niezaprzeczalne mistrzostwo. Warto zwrócić uwagę na Golluma- precyzja, z jaką został wykreowany jest godna najwyższego uznania. Widz rzeczywiście zapomina, że Gollum tak na prawdę nie istnieje. Po wyjściu z seansu niektórzy z pewnością mogą poczuć się zawiedzeni i...znużeni, bowiem całość trwa około trzech godzin. Rozciągnięcie tak krótkiej książki do dziewięciu godzin filmu musi skutkować dłużyznami i nieścisłościami. Czy Piter Jackson tak kocha twórczość Tolkiena, czy jednak ważniejszy był marketing i pieniądze? Przypuszczalnie obie rzeczy miały znaczenie. Trzeba jednak przyznać, że wizualnie filmowi niczego nie brakuje. Bez względu na to, jakie recenzje zbiera cała produkcja- fani i tak pozostaną "na posterunku". Warto obejrzeć film dla efektów specjalnych i niesamowitego klimatu (muzyka, jak zawsze, świetna).